Zespół The Moody Blues nie jest mi obcy. Może nie znam go aż tak dobrze, jednak trochę zapoznałem się z nim przez te lata i potrafię rozpoznać głos Justina Haywarda. Z tej płyty w zasadzie znałem tylko jeden utwór, bardzo popularną kompozycję (i bardzo piękną, o ile można tu użyć takiego słowa), która kończy album: Nights in White Satin. Zespół należy do nurtu tzw. soft prog rocka. Czyli delikatne i nastrojowe granie z rockowym zadziorem (ale z niezbyt mocnym), z bogatymi aranżacjami, nie stroniące od brzmienia symfonicznego. Jedna z legend rocka, co tu dużo pisać....
Teraz jestem na swojej drodze
Ta płyta nie odpaliła za pierwszym razem. Ale w końcu zaskoczyła. Ciepły wokal Haywarda zrobił swoje. Jest to album koncepcyjny, więc utwory powiązane są ze sobą tematycznie. Tym razem opowiadają historię jednego dnia: od świtu aż po noc..."Sądzę, że należy go odczytać <tytuł> jako ostrzeżenie przed utratą choćby jednego dnia z tych, które jeszcze będą nam dane" (J. Skarżyński). Nawet nie spodziewałem się takich kompozycji jak 'The Evening: Sunset' albo 'The Morning: Another morning'. Interesujące, zwłaszcza ta pierwsza kompozycja, niesamowicie frapująca. Całość dopełnia wręcz niezwykła kompozycja, o której wspomniałem na początku. Jedna z tzw. nieśmiertelnych. Jak najbardziej zasłużenie....
Listy, które napisałem, nie mając zamiaru ich wysyłać....
Zapewne przyjdzie mi tu spotkać się jeszcze z tą grupą, ponieważ dyskografię ma bardzo bogatą. I jest jedną z tych, o których ciepło myślę...
Płyta do słuchania w samotności, ciszy i spokoju. Na poprawę humoru i pozytywne nastawienie.
Ocena: 8/10
