poniedziałek, 28 lutego 2011

THE MOODY BLUES - The Days of Future Passed (1967)



Zespół The Moody Blues nie jest mi obcy. Może nie znam go aż tak dobrze, jednak trochę zapoznałem się z nim przez te lata i potrafię rozpoznać głos Justina Haywarda. Z tej płyty w zasadzie znałem tylko jeden utwór, bardzo popularną kompozycję (i bardzo piękną, o ile można tu użyć takiego słowa), która kończy album: Nights in White Satin. Zespół należy do nurtu tzw. soft prog rocka. Czyli delikatne i nastrojowe granie z rockowym zadziorem (ale z niezbyt mocnym), z bogatymi aranżacjami, nie stroniące od brzmienia symfonicznego. Jedna z legend rocka, co tu dużo pisać....

Teraz jestem na swojej drodze


Ta płyta nie odpaliła za pierwszym razem. Ale w końcu zaskoczyła. Ciepły wokal Haywarda zrobił swoje. Jest to album koncepcyjny, więc utwory powiązane są ze sobą tematycznie. Tym razem opowiadają historię jednego dnia: od świtu aż po noc..."Sądzę, że należy go odczytać <tytuł> jako ostrzeżenie przed utratą choćby jednego dnia z tych, które jeszcze będą nam dane" (J. Skarżyński). Nawet nie spodziewałem się takich kompozycji jak 'The Evening: Sunset' albo 'The Morning: Another morning'. Interesujące, zwłaszcza ta pierwsza kompozycja, niesamowicie frapująca. Całość dopełnia wręcz niezwykła kompozycja, o której wspomniałem na początku. Jedna z tzw. nieśmiertelnych. Jak najbardziej zasłużenie....

Listy, które napisałem, nie mając zamiaru ich wysyłać....

Zapewne przyjdzie mi tu spotkać się jeszcze z tą grupą, ponieważ dyskografię ma bardzo bogatą. I jest jedną z tych, o których ciepło myślę...
Płyta do słuchania w samotności, ciszy i spokoju. Na poprawę humoru i pozytywne nastawienie.


Ocena: 8/10

niedziela, 27 lutego 2011

THE BEATLES - White Album (1968)


Album, który w zasadzie poznałem już jakiś czas temu i byłem nim oczarowany. Aż 30 piosenek, co prawda krótkich, ale stanowiących o istocie muzyki granej przez tą formację. Dziwna okładka. Czysta, biała kartka z nazwą bandu ( ta płyta zwana jest także The Beatles). W swoich czasach to musiało robić wrażenie. Zaskoczeniem był również singiel, na którym znalazły się promujące te płytę dwa utworu ('Hey, Jude' oraz 'Revolution'), które...nie znalazły się na albumie.

Patrzę na was wszystkich, widzę uśpioną miłość....

Utwory są bardzo zróżnicowane: rockowe ballady, zabawne pastisze, country, folk...I mnóstwo przepięknych utworów. 'Dear Prudence', w której uwielbiam brzdąkającą gitarę i sekcję rytmiczną. Rozmarzone 'While my guitar gently weeps' Harrisona, w którym ochrypnięta gitara faktycznie łka.  Cudowne 'Happiness is a Warm Gun' z tekstem łatwo wpadającym w ucho (choć ten efekt ma większość piosenek Beatlesów). 'Martha my Dear', w której instrumenty dęte nadają jej fenomenalnego brzmienia. 

Dlaczego nie zrobimy tego na drodze?

Piosenka o powyższym tytule świadczy, że to nie ci Beatlesi, których zazwyczaj kojarzy się z milusimi chłopcami a'la boys band, tylko prawdziwi....mężczyźni. Którzy również nie boją się zabawy: myśliwska opowieść 'The Continuing story of Bungalow Bill" czy też farmersko-barokowa historia świnek w 'Piggies' (choć sam tekst jest niezwykle ciekawy).
Całość robi naprawdę duże wrażenie, bo co utwór, to wręcz legenda kojarzona z The Beatles. Po raz kolejny zestaw muzyczny McCartney-Lennon-Harrison-Starr okazuje się nieprzeceniony i nieoceniony. "Ta płyta to sama prawda o ich wielkości" (J. Skarżyński)

Ocena:  10/10

poniedziałek, 21 lutego 2011

THE DOORS - The Doors (1967)

I ponownie zmuszony jestem zacząć tak jak dwa ostatnie posty: zespół The Doors jakoś do mnie nie przemawiał, gdzieś się chował przez te lata albo ja go unikałem. Zresztą mając pod ręką gigantów historii rocka i znając kilka sztandarowych hitów The Doors, jakoś nie miałem nigdy czasu i ochoty sięgnąć po więcej. Nigdy nie mów nigdy...

Na drugą stronę przebij się
Jim Morrison to symbol, który mnie jakoś nigdy nie urzekł. Może nadal zbyt mało rozumiem te lata, może zbyt płytko się w to zagłębiam. Poeta buntownik, wrażliwy i kontrowersyjny. Ale muzyka to już inna bajka. "Tej płyty, tej muzyki nie wolno słuchać z użyciem nadmiaru wiedzy, nazbyt 'naukowo'. Trzeba jej kosztować intuicyjnie" (Skarżyński) I tak też podszedłem do tego tematu. I tak, urzekła mnie ta płyta. Każdy kawałek będący lirycznie wspaniałym dziełem (choć niezbyt łatwym do zrozumienia) jest znakomity i szczerze napiszę, że byłem bardzo zaskoczony różnorodnością tej płyty.

Nie przyśpieszaj kroku, miłość lubi spokój
'Light my fire' zna prawie każdy, ale ja nie miałem pojęcia, że w środku utworu jest tak wspaniale pędząca część instrumentalna. Wiem, że technicznie ta gra nie jest idealna (opinia o całej płycie) ale jest niesamowicie klimatyczna i przemawiająca do słuchacza. Który utwór by nie wziąć ('Soul Kitchen', 'Back Door Man', 'Take it as it comes'....) to mamy do czynienia z muzyką graną z zapałem, uczuciem i prowadzoną wokalnie przez charyzmatyczny, wybijający się na pierwszy plan głos Morrisona. Ballada 'The Crystal Ship' znana mi już wcześniej, naprawdę robi wrażenie i pozwala rozmarzyć się i zapomnieć o wszystkim wokół i skupić się tylko na pięknie docierających dźwięków.Utwór kończący płytę, 'The End' to próba udowodnienia, że muzyka może stać się sztuką. Morrison deklamujący kontrowersyjne treści przy psychodelicznych dźwiękach, które finalnie wybuchają nadmiarem emocji....utwór nie przypadkowo został wykorzystany w filmie 'Czas Apokalipsy' Coppoli. 

Wskaż mi drogę do najbliższej knajpy z whisky
Kolejny zagubiony. Kolejny na liście. Alkohol i narkotyki. Nie mnie oceniać, bo nie mam takiego zamiaru ani takich możliwości. Wiem, że próbował się od tego uwolnić. Ale dla mnie pozostanie jako autor tejże niezwykłej muzyki, która wymusza wszelkie możliwe emocje, oprócz obojętności.


Ocena: 9/10

piątek, 11 lutego 2011

Big Brother and the Holding Company - Cheap Thrills (1968)


Sytuacja podobna, jak przy Hendrixie. Janis Joplin, bo to o niej mowa, zawsze dla mnie była niewiadomą. Znałem kilka jej utworów, coś o jej burzliwym życiu (sex, drugs and rock'n'roll ) i na tym koniec. A wystarczy posłuchać tej płyty, by przekonać się, że jest fantastyczną wokalistką a utwory z pogranicza rocka i bluesa są niesamowicie żywiołowe i nasycone tym wspaniałym klimatem końcówki lat 60-tych...

Jednego z tych poranków, dorośniesz....
Mocną stroną tej płyty, jak ocenia w swej recenzji mój muzyczny guru (powtórzę: Jerzy Skarżyński), jest fakt, że na niej Joplin jest członkinią grupy Big Brother and the Holding Company: co prawda jest wybijającą się na pierwszy plan wokalistką, ale nadal częścią grupy. I to nie byle jakiej grupy. Nie podejrzewałem, że usłyszę tu tak wspaniałe gitarowe solówki (nie ukrywam, że mam słabość do tych części utworów, gdy na pierwszy plan wybijają się elektryczne gitary). Tym bardziej, że gitarzystów jest tu dwóch.W utworze 'Summertime' dają popis pięknego i bardzo emocjonalnego grania , a cały utwór - będący swego rodzaju wizytówką Joplin - jest wręcz nieziemsko wspaniały. Zresztą fakt, że płyta jest 'live', dodaje niesamowitej ekspresji utworom i żywiołowości wykonaniom. Wspomnieć tu należy chociażby 'Oh, Sweet Mary" czy 'Magic of Love', który wręcz puchną od dusznej atmosfery hippisowskich festiwali. Kolejny, bardzo znany czy wręcz ograny utwór, znajdujący się na tej płycie to "Piece of my heart'. Wspomnieć należy również o nastrojowym "I need a man to love', gdzie również gitarzyści udowadniają, że znają swój fach.
 

Wróć i uwierz, kochanie....
"Żyła tak intensywnie i agresywnie, że nieomal czuło się, iż ten wewnętrzny ogień musi ją spalić" - pisze Skarżyński. Jej genialny, 'czarny' głos, pozostawił kilka muzycznych perełek oraz swój trwały ślad w historii muzyki nie tylko rockowej. Aż się nie mogę doczekać jej następnej, tym razem solowej płyty 'Pearl' ('71), ale nie wszystko na raz. Przyjemność należy sobie dozować....



Ocena: 10/10

wtorek, 8 lutego 2011

THE JIMI HENDRIX EXPERIENCE - Electric Ladyland (1968)


Nie wiem czemu tyle lat omijałem Hendrixa bokiem. Będąc zanurzony po uszy w rocku lat 70-tych, traktowałem Hendrixa niejako z urzędu jako kogoś genialnego i niesamowitego, jednak jego twórczość (pomijając kilka bardzo znanych utworów) była mi tak naprawdę obca. Zupełnie niepotrzebnie. Jakieś dwa tygodnie temu sięnąłem po ten album i...zaczęło się. Swoistym zaskoczeniem dla mnie była historia popularności gitarzysty: dopiero przyjazd do Europy i pomoc znanych muzyków (Paul Mc Cartney, Eric Clapton) otworzyło mu drogę do wielkiej kariery (festiwal w Monterey - USA '67 - pierwszy wielki festiwal rockowy)

Długa i ciepła letnia noc
Bardzo różnorodny album. Zaznaczają się głównie dwa typy wpływów: rockowe i bluesowe. Zdaje się, że to zasługa zespołu, który akompaniował gitarzyście: jego członkowie się zmieniali w trakcie nagrań poszczególnych utworów, doszło także do pewnych konfliktów i sporów. Nurtowała mnie nawet okładka do tej płyty, bowiem ta przeze mnie prezentowana jest do wydania amerykańskiego, zaś do brytyjskiego była ta kontrowersyjna przedstawiająca wianuszek nagich kobiet (pod koniec lat 60-tych to musiał być szok!)

Ciągle pada, ciągle marzę....
Tyle 'technicznych' informacji, bo muzyka jest tu najważniejsza. "Nikt przed nim ani nikt po nim (choć wielu próbowało) tak grać nie potrafił" - pisze Skarżyński. Tego nie wystarczy posłuchać. To trzeba poczuć. Niesamowite dźwięki potrafił Jimi wydobywać ze swojej gitary; w zasadzie każdy utwór na tej różnorodnej płycie świadczy o jego geniuszu. Nawet wokal miał świetny. Utwór 'Rainy day, dream away' zaczyna się od jego kaszlu i jest to chyba 'najlepszy kaszel' jaki kiedykolwiek słyszałem. Jest tak niesamowicie wklejony w klimat, że wydaje się być nieodłączną całością. Niektóre utwory ('1983....(A merman I should turn to be)', 'All along the Watchtower') mają tak nowoczesne brzmienie (nie technicznie, raczej stylistycznie) że aż trudno uwierzyć w datę ich nagrania. Dużo dźwiękowych (gitarowych oczywiście) eksperymentów, które cudownie karmią uszy (środek utworu "Moon, turn the tides....gently away', motyw przewodni 'Burning of the Midnight Lamp'). Styl grania jest niesamowicie emocjonalny, hipnotyzujący i ponadwymiarowy (narkotyki?!) Skarżyński ujął to wspaniale, pisząc że słuchając jak Hendrix gra, ma się wrażenie że jego dusza opuszcza ciało i wnika w gitarę. Niesamowite doznanie.

Ocena: 10/10

sobota, 5 lutego 2011

THE BEATLES - "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" (1967)




Jak by na to nie patrzeć, płyta wyszła prawie 45 lat temu ! To okropnie dużo nie tylko dla autora tego tekstu, który nie ma nawet lat 30. Tym bardziej dziwi niesamowite brzmienie tej produkcji i wymowa poszczególnych utworów. Po raz pierwszy  wysłuchałem jej 2-3 lata temu, będąc na tzw. fali beatles'owskiej, która mnie wówczas ogarnęła. Chłonąłem płytę po płycie, nie dowierzając sobie, że nie znam tylu pięknych utworów. Bo choć zatopiony byłem w produkcjach z lat 70-tych, Beatlesi dla mnie byli odstawieni na bok. Myślę, że to poprzez wrażenia z lat poprzednich i znajomość kilku najbardziej popularnych kawałków tej formacji, które traktowałem bardziej w ramach prostej rozrywki, niż absolutnej klasyki.

 Co byś zrobił, gdybym zaśpiewał fałszywy dźwięk?
Skarżyński w swojej książce podaje, że ta płyta to pierwszy concept album, czyli taki album, którego poszczególne utwory (muzycznie i lirycznie) tworzą zamkniętą całość i tak też ( w całości) powinno się jej słuchać. I mimo że każdy z utworów jest odmienny i jakby pochodził z innej bajki, całość opowiadanych historii ma sens i brzmi niesamowicie.Ta różnorodność muzyczna zapiera wręcz dech: mamy tu mieszankę różnych gatunków muzycznych, wielu instrumentów, wielu dźwiękowych zabiegów i...czwórkę genialnych chłopaków, którzy postanowili przestać śpiewać 'ye, ye, ye' i po prostu zacząć tworzyć sztukę. O ile dawniej nie byłem w stanie odróżnić jednego muzyka od drugiego (zwłaszcza że na starych fotografiach byli upodabniani do siebie), tak teraz nie mam z tym żadnego problemu. John, George, Paul i Ringo stworzyli płytę niezwykłą, która nie jest łatwa ani prosta dla współczesnego słuchacza. Bogate brzmienie, wpadające w ucho teksty, świetne wokale i piękne melodie to za mało, by zrobić furorę wśród dzisiejszej młodzieży. A jednak na mnie robi to wrażenie. 

Wyobraź sobie siebie w łodzi na rzece, z mandarynkami i marmoladowym niebem. 
 Tak, Beatlesi mieli z narkotykami więcej wspólnego niż mogło/może się wydawać. Szczególnie 'trawka' i LSD były wyznacznikami tej pięknej i kolorowej (nie tylko muzycznie!) epoki. Ale wracając do utworów na płycie, chciałbym kilka wyróżnić:
'With a little help from my friends' (choć krąży opinia, że to jedyny utwór Beatlesów, którego cover jest lepszy niż oryginał....chodzi oczywiście o wersję Joe Cockera z festiwalu Woodstock w '69), 
'Lucy in the sky with diamonds' (z surrealistycznym tekstem jakby tworzonym przy udziale LSD),
'She's leaving home' (ponoć mnóstwo dziewczyn w tym okresie wzięło przykład z bohaterki tej piosenki i uciekło z domu...),
'Being for the benefit of Mr Kite!' (niesamowita, jarmarczna wręcz opowieść, ozdobiona bogatym brzmieniem i  różnorodnością instrumentów),
'When I'm sixty-four' (niby prosta, niby melodyjna ale jakże piękna i sięgająca tekstem w odległą przyszłość),
'A day in the life' (końcowy utwór będący swoistym mixem dwóch utworów i - z tego co pamiętam - tekst do niego został stworzony na podst. wiadomości z gazety....)

Trudno słowami opisać coś, co należy posłuchać i wchłonąć. Zadanie niełatwe dla osób nie obeznanych z tego rodzaju klasyką, ale dla miłośników - pozycja obowiązkowa, swoisty kanon rocka. 


Ocena: 10/10