niedziela, 17 lipca 2011

PINK FLOYD - Dark side of the Moon (1973)





Aż wstyd się przyznać, że płytę tą - uznawaną za jedną z najważniejszych (i jedną z najlepiej sprzedawanych!) płyt w dziejach muzyki 'rozrywkowej' - nie znałem dobrze aż do tej pory. Trzy utwory były mi znane, w tym jeden ('Money') bardzo przeze mnie lubiany.  Ale na całość jakoś nigdy nie znalazłem czasu. Może to i dobrze? Bo teraz, mając za plecami lata słuchania muzyki rockowej (zwłaszcza z czasów jej świetności) mogę obiektywnym uchem chwytać dźwięki, jakie wydobywają się z tego arcydzieła. Użyłem wcześniej słowa 'całość' nie przypadkowo: jest to bowiem płyta wybitnie koncepcyjna (concept album) i należy ją słuchać od początku do końca jako jednego utworu. Teksty są w całości autorstwa Rogera Watersa i traktują o przemijaniu, kruchości ludzkiego życia oraz o jego problemach: chciwości, szaleństwie, wojnach... Jak ktoś zna choć trochę Watersa, to wie, czego się spodziewać. Skład uzupełniają oczywiście: Gilmour, Mason i Wright. Czyli najmocniejszy skład Floydów, który tworzył największe dzieła. Należy wspomnieć tutaj także o okładce, która przedstawia schemat działania pryzmatu, znany nam z podręczników fizyki. Jednak ta grafika stała się już symbolem czy wręcz stanowi logo grupy, tak mocno związała się z Pink Floyd. 

"Pewnego dnia odkryjesz, że minęło dziesięć lat. Nikt nie powiedział ci, kiedy biec. Przegapiłeś sygnał startu."


Dużo dźwięków mamy na tej płycie. I mam tu na myśli dźwięki nie-muzyczne: nagrane odgłosy, dźwięki zegarów, bicia serca, krzyków, brzęczących monet i kas fiskalnych..... Takim kolażem dźwiękowym rozpoczyna się ta płyta: 'Speak to me' (są to dźwięki, które pojawią się 'znaczeniowo' w kolejnych utworach). Nastrojowe 'Breathe' rozpoczyna właściwą warstwę instrumentalną płyty, by bardzo zręcznie przejść do 'On the Run', który przypomina wręcz psychodeliczny okres działania kapeli. Instrumentalna zabawa syntezatorami jest mroczna i - zgodnie z tytułem - pogania nas do pośpiechu. Następny utwór, 'Time' jest jednym z powodów, dla których ta płyta jest genialna. Dla tygrysków takich jak ja nie bez znaczenia jest oczywiście solówka na gitarze Gilmoura, bardzo przejmująca i wywołująca wrażenie, że aparat słuchowy znajduje się jakoś bliżej serca....
Następnie mamy gościnny występ  Clare Torry w utworze 'The Great Gig in the Sky'. Jej wokaliza robi wielkie wrażenie. 

"My i oni. W końcu jesteśmy zwykłymi ludźmi"


'Money' to świetny, rockowy utwór charakteryzujący się m.in. efektami dźwiękowymi kasy fiskalnej i darcia papieru (?!) oraz saksofonowym solem (gościnnie Dick Parry). Kolejny, nieśmiertelny utwór to antywojenny 'Us and Them' (ojciec Watersa zginął podczas II w.św., więcej o tym będzie przy okazji innej płyty Floydów). 'Any colour you like' to ponownie instrumentalny pokaz umiejętności syntezatorowych: bardzo ciekawy i tajemniczy utwór (tytuł nawiązuje do słynnej wypowiedzi Henry'ego Forda o Modelu T produkowanego przez siebie auta :" "Możesz go mieć w jakim tylko kolorze zechcesz, pod warunkiem, że chcesz czarnego"). Płyta powoli dobiega końca: jeszcze tylko 'Brain Damage' opisujący szaleństwo jako chorobę (ponoć Waters 'inspirował się' postacią Syda Barreta - poprzedniego wokalisty i osoby cierpiącej na chorobę psychiczną) oraz 'Eclipse' na sam koniec.
I tak płyta zwana 'Ciemną Stroną Księżyca" przedstawia się jako całość. Genialna i absorbująca uwagę. Od początku do końca można tu odnaleźć muzyczne piękno, głębokie wrażenia i emocje (w jakimkolwiek kolorze, jaki lubisz....)

Ocena: 10/10



środa, 6 lipca 2011

EMERSON, LAKE AND PALMER - Emerson, Lake and Palmer (1970)





Kolejny gigant. Zespół a może projekt? Trio wspaniałych muzyków, jednoznacznie utożsamianych z pojęciem 'rock progresywny'. Grupę tworzyli: Keith Emerson na instrumentach klawiszowych (zaliczany do ścisłej czołówki tej profesji), Greg Lake na basie, gitarze i jako wokalista (opisywany przeze mnie przy okazji płyty King Crimson) oraz perkusista Carl Palmer. Płyta ta jest ich debiutem jako supergrupy (bowiem wcześniej każdy z muzyków grywał w innych zespołach). 
Muzyka nie jest łatwa dla niewprawionego ucha. Nawet osoby lubiące rock i różne jego odmiany - ale obracające się bardziej we współczesności - mogą mieć trudności w odbiorze tego materiału muzycznego. Ucho musi być bowiem dobrze nastawione a wrażliwość nastrojona, by emocjonować się tak wspaniałą muzyką. Grupa ta bowiem łączyła rock z klasyką. Wówczas nie był to pomysł nowatorski ale wykonanie jak najbardziej. Trio "zajęło się >usymfonicznieniem< rocka, a nie jak większość >urockowianiem< klasyki " (Skarżyński). Artyzm muzyków słyszalny jest w każdej minucie a epickość tematów wylewa się z każdego utworu. 


"Po prostu weź kamyk i wrzuć go do morza, a potem patrz jak fale docierają do mnie"


Utwory znajdujące się na płycie są różnorodne. Mamy tu dwie ballady autorstwa Lake'a : 'Take a Pebble' (przynajmniej początkowa i końcowa część jest balladą, bo środek wypełniają zbliżone do jazzu wstawki) oraz najbardziej znany utwór z płyty - "Lucky Man", w którego finale Emerson wspaniale gra solo na syntezatorze Mooga (BTW: wspaniały instrument ) zaś Palmer genialnie kończy utwór 'gasząc' uderzenia perkusji.  'The Barbarian', 'Knife-Edge' oraz 'Three Fates' to bardziej rozbudowane kompozycje, gdzie swoje mistrzostwo ujawnia przede wszystkim Emerson. Pozostaje jeszcze 'Tank', który zazwyczaj kojarzony jest z perkusyjnym popisem Palmera - co dla mnie jest niezrozumiałe, ponieważ solo trwa krótko i nie robi jakiegoś ogromnego wrażenia, w przeciwieństwie do tego, co następuje tuż zaraz po nim. Czyli kolejny popis syntezatorowy Emersona, który wraz z perkusistą tworzy niesamowicie futurystyczny muzyczny temat.
Fragmenty tej płyty były mi już znane uprzednio (także i sam zespół nie jest mi obcy) więc trochę mi trudno oceniać wrażenia i emocje. Na pewno jest to kamień milowy (jeden z wielu!) w muzyce i stanowi ważną pozycję w historii niezapomnianych płyt.


Ocena: 9/10