Kolejny rockowy gigant, kolejna wspaniała płyta. Jethro Tull to zespół, który trudno jednoznacznie zakwalifikować do jednego nurtu muzycznego: zaczynali od tzw. white bluesa, potem był folk rock, hard rock, rock progresywny.... Dla mnie osobiście, znającego dużą część ich repertuaru, grupa ta jest ucieleśnieniem hard i folk rocka. Dzisiaj prezentowana płyta jest utrzymana w klimacie mocnego rocka, choć nie brak tutaj spokojniejszych nut i pięknych ballad, a także - co charakterystyczne dla JT - wszechobecności fleta, którym wspaniale posługuje się lider formacji, Ian Anderson. W całej historii zespołu, Anderson zawsze grał pierwsze 'skrzypce', jest autorem prawie całego dorobku JT (teskty + muzyka), no i oczywiście wokalistą, z bardzo łatwo rozpoznawaną manierą śpiewania. Znany jest też jego prowokacyjny i ironiczny charakter tekstów. Należy tu wspomnieć jeszcze gitarzystę Martina Barre, który starał się 'przekrzykiwać' Andersona, przez co mamy na płytach fantastycznie i wyraziście zagrane partie gitar.
"Siedzi na ławce w parku, spozierając na dziewczynki w złych intencjach...."
Tytułowy utwór jest esencją tej płyty: mocne hardrockowe uderzenia kojarzone są z wolniejszymi, melodyjnymi fragmentami. Znany mi dość dobrze, jednak dopiero teraz odkryłem go w warstwie lirycznej. Opowiada o tytułowym Aqualungu, bezdomnym starszym facecie będącym na krawędzi życia (postać na okładce przedstawia oczywiście podobiznę samego Andersona ). Tekst jest bardzo dosadny i bez upiększania opisuje marne życie człowieka, kończącego samotnie w agonii, gdy wokół kwiaty rozkwitają na wiosnę... Dalej mamy 'Cross-eyed Mary' - opowiastkę o uczennicy-prostytutce. Tutaj Barre fenomenalnie prezentuje swoje gitarowe zagrywki. Następne 3 kompozycje: 'Cheap Day Return', 'Mother Goose' i 'Wond'ring aloud' są spokojniejszymi utworami, ostatnia z nich zaś to przepiękna, miłosna ballada.
"Będziesz modlił się aż do następnego czwartku, do wszystkich bogów, jakich możesz wyliczyć"
Następuje tutaj druga część płyty, przez którą wielu nazywa ten album koncepcyjnym (choć Anderson temu zaprzecza). A chodzi tutaj o wspólną tematykę utworów. "(...) jest niezwykle interesującą i inteligentną próbą zabrania głosu w odwiecznej dyskusji dotyczącej roli w naszym życiu kościoła. wiary, Boga i łączącej się z nią często hipokryzji"(J.Skarżyński). Utwory 'My God', 'Hymn 43' czy 'Wind up' dobitnie ukazują tą hipokryzję i zakłamanie osób, które same powinny świecić przykładem. Podnosi również głos w kwestii wychowania dzieci w takiej czy innej religii. Choć sam tekst nie jest skierowany przeciwko żadnej religii, może być błędnie interpretowany.
"Nie ma sposobu, by zwolnić"
Jeszcze należy wspomnieć tutaj balladowy utwór 'Slipstream' (z przepięknym, delikatnym zakończeniem) oraz 'Locomotive Breath', którego 'motoryka' nawiązuje do tytułowej pracy pociągowej maszynerii. Kilka zdań napisałem, które nijak mają się do tak znakomitej muzyki. Nie jest ona łatwa w odbiorze. Nawet ja, choć znam tą kapelę, musiałem kilka razy ten album przesłuchać, by 'zaskoczył'. By cieszyć się wspaniałym brzmieniem, wokalem Andersona i jego fletem oraz całą resztą, która sprawiła, że album ten jest zaliczany do czołowych osiągnięć rocka - nazwijmy go - klasycznego.
Podróż muzyczna się nie kończy, to jedynie kolejny przystanek...
Ocena: 9/10
