sobota, 5 lutego 2011

THE BEATLES - "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" (1967)




Jak by na to nie patrzeć, płyta wyszła prawie 45 lat temu ! To okropnie dużo nie tylko dla autora tego tekstu, który nie ma nawet lat 30. Tym bardziej dziwi niesamowite brzmienie tej produkcji i wymowa poszczególnych utworów. Po raz pierwszy  wysłuchałem jej 2-3 lata temu, będąc na tzw. fali beatles'owskiej, która mnie wówczas ogarnęła. Chłonąłem płytę po płycie, nie dowierzając sobie, że nie znam tylu pięknych utworów. Bo choć zatopiony byłem w produkcjach z lat 70-tych, Beatlesi dla mnie byli odstawieni na bok. Myślę, że to poprzez wrażenia z lat poprzednich i znajomość kilku najbardziej popularnych kawałków tej formacji, które traktowałem bardziej w ramach prostej rozrywki, niż absolutnej klasyki.

 Co byś zrobił, gdybym zaśpiewał fałszywy dźwięk?
Skarżyński w swojej książce podaje, że ta płyta to pierwszy concept album, czyli taki album, którego poszczególne utwory (muzycznie i lirycznie) tworzą zamkniętą całość i tak też ( w całości) powinno się jej słuchać. I mimo że każdy z utworów jest odmienny i jakby pochodził z innej bajki, całość opowiadanych historii ma sens i brzmi niesamowicie.Ta różnorodność muzyczna zapiera wręcz dech: mamy tu mieszankę różnych gatunków muzycznych, wielu instrumentów, wielu dźwiękowych zabiegów i...czwórkę genialnych chłopaków, którzy postanowili przestać śpiewać 'ye, ye, ye' i po prostu zacząć tworzyć sztukę. O ile dawniej nie byłem w stanie odróżnić jednego muzyka od drugiego (zwłaszcza że na starych fotografiach byli upodabniani do siebie), tak teraz nie mam z tym żadnego problemu. John, George, Paul i Ringo stworzyli płytę niezwykłą, która nie jest łatwa ani prosta dla współczesnego słuchacza. Bogate brzmienie, wpadające w ucho teksty, świetne wokale i piękne melodie to za mało, by zrobić furorę wśród dzisiejszej młodzieży. A jednak na mnie robi to wrażenie. 

Wyobraź sobie siebie w łodzi na rzece, z mandarynkami i marmoladowym niebem. 
 Tak, Beatlesi mieli z narkotykami więcej wspólnego niż mogło/może się wydawać. Szczególnie 'trawka' i LSD były wyznacznikami tej pięknej i kolorowej (nie tylko muzycznie!) epoki. Ale wracając do utworów na płycie, chciałbym kilka wyróżnić:
'With a little help from my friends' (choć krąży opinia, że to jedyny utwór Beatlesów, którego cover jest lepszy niż oryginał....chodzi oczywiście o wersję Joe Cockera z festiwalu Woodstock w '69), 
'Lucy in the sky with diamonds' (z surrealistycznym tekstem jakby tworzonym przy udziale LSD),
'She's leaving home' (ponoć mnóstwo dziewczyn w tym okresie wzięło przykład z bohaterki tej piosenki i uciekło z domu...),
'Being for the benefit of Mr Kite!' (niesamowita, jarmarczna wręcz opowieść, ozdobiona bogatym brzmieniem i  różnorodnością instrumentów),
'When I'm sixty-four' (niby prosta, niby melodyjna ale jakże piękna i sięgająca tekstem w odległą przyszłość),
'A day in the life' (końcowy utwór będący swoistym mixem dwóch utworów i - z tego co pamiętam - tekst do niego został stworzony na podst. wiadomości z gazety....)

Trudno słowami opisać coś, co należy posłuchać i wchłonąć. Zadanie niełatwe dla osób nie obeznanych z tego rodzaju klasyką, ale dla miłośników - pozycja obowiązkowa, swoisty kanon rocka. 


Ocena: 10/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz