czwartek, 17 marca 2011

Nawiasem słuchając 3


PINK FLOYD - Ummagumma (1969)


Ta połowicznie koncertowa płyta jest pewnym przełomem w muzyce Pink Floyd. Chronologicznie poprzedza ona płytę ostatnio przeze mnie opisywaną, czyli 'Atom Heart Mother'. Należy tu wspomnieć o postaci  Syda Barretta: osobę przyklejona do początkowej historii tej kapeli i trwale związaną z pojęciem rock psychodeliczny. Niestety, na wskutek różnych uzależnień, człowiek ten został odsunięty od grupy i ta płyta, choć w jej nagraniu nie brał on udział, jest niejako podsumowaniem tej współpracy. Napisałem na początku 'połowicznie koncertowa', ponieważ składa się ona z 2 krążków: koncertowego i studyjnego. Krążek koncertowy to bodajże największe 'przeboje' okresu psychodelicznego. Mamy tu 'Astronomy Domine', 'Careful with that Axe, Eugene', 'Set the Controls for the Heart of the Sun' oraz ' A Saucerful of Secrets'. Wszystkie ciężkie do odbioru dla niewprawionego ucha i stanowią wręcz definicję psychodelii. Na drugim krążku grupa wykonała pewien przełom, bowiem nagrała utwory będące pewnym awangardowym eksperymentem; skierowała się w stronę progresywnego rocka. Mamy tu kilka kompozycji (napisanych przez poszczególnych członków), które także nie są zbyt łatwe w odbiorze i wymagają pewnej nie tyle cierpliwości, co wprawy w słuchaniu i odbieraniu muzyki. Wieloczęściowe utwory 'Sysyphus' czy 'The Narrow Way' jednak niosą pewien ładunek ciekawych i urozmaiconych brzmień. Mamy tu także wręcz folkowe utwory Watersa polegające na zabawie dźwiękami. A co do dziwnego tytułu....wg niektórych źródeł 'ummagumma' to w młodzieżowym slangu oznacza seks. Z pewnością psychodeliczny ;-)

Ocena: 7/10

wtorek, 15 marca 2011

PINK FLOYD - Atom Heart Mother (1970)


Pink Floyd po raz pierwszy. Znam tą grupę od lat i cenię bardzo wysoko. Dzieła Rogera Watersa (bas, śpiew), Dawida Gilmoura (gitara, śpiew), Nicka Masona (perkusja) oraz Richarda Wrighta (klawisze) są w ścisłym kanonie muzyki rockowej. Same te nazwiska mówią za siebie i każdy znawca rocka (w mniejszym lub większym stopniu) powinien je znać i kojarzyć. Czy powinienem tu wspomnieć o Syd'zie Barrett'cie? Może później, bo mam pomysł na kolejną płytę 'dopisaną' do mojej listy albumów.

Gdybym był dobrym człowiekiem, częściej bym z tobą rozmawiał.


Myślałem, że znam tą płytę, bo znam główny z niej utwór, tytułową suitę. Jednak na niej płyta się nie kończy. Skąd taki tytuł i skąd taka okładka? Ponad 20-minutowy utwór jest instrumentalny (choć oprócz orkiestry udziela się tutaj chór), więc zespół miał problem z odpowiednim tytułem; w końcu natrafiono gdzieś w gazecie na artykuł o stymulatorze serca użytego w celu ratowania ciężarnej kobiety. Urządzenie nazywało się 'Atom Heart' i stąd nazwa. Okładka? Trudno powiedzieć...ale jest to jedna z najbardziej rozpoznawalnych okładek nie tylko Floydów ale też w ogóle muzyki nie-poważnej. Suita tytułowa wykorzystuje motyw muzyczny z westernu 'Biały kanion' oraz zawiera wiele efektów dźwiękowych (odgłosy, warkot motoru, wybuchy etc). To używanie rozmaitych dźwięków stało się z czasem jedną z wizytówek Pink Floydów. Utwór jest dość patetyczny miejscami, temat główny oddala się i powraca tworząc niesamowity klimat dziwnej opowieści o innych światach. Ja wręcz kojarzyłem to sobie z ...UFO ;-) 


Jutro przyniesie inne miasto, inną podobną dziewczynę...


Jak napisałem, oprócz suity, która jest jedną z największych dokonań Floydów (niektórzy uważają wręcz przeciwnie!) a na pewno jest swego rodzaju symbolem tej grupy, znajdują się inne, krótsze utwory stworzone przez poszczególnych członków grupy: senne 'If' R. Watersa, doskonałe 'Summer 68' R. Wrighta ze świetnie brzmiącymi elementami symfonicznymi (opowieść o plusach i minusach tzw. groupies) oraz spokojne 'Fat Old Sun' D. Gilmoura. No i na koniec jeszcze jeden, w zasadzie żart muzyczny: 'Alan's Psychedelic Breakfast'. Czyli odgłosy przyrządzania i spożywania śniadania, okraszone delikatnymi dźwiękami grających muzyków. Jak wieść niesie, tytułowy Alan to dźwiękowiec, który tak doskonale nagrał wspomniane dźwięki. Całość może nie powala (główny utwór był mi już znany) i jest dość trudna w odbiorze, ale jak napisałem, ta płyta to symbol Pink Floyd. Czy to się komuś podoba czy nie...

Ocena: 8/10

niedziela, 13 marca 2011

JESUS CHRIST SUPERSTAR (1970)

Sięgam po to dzieło po raz pierwszy. Co prawda z tytułu kojarzę musical, ale muzycznie była to dla mnie niewiadoma. Nazywa się to rock operą, muzykę napisał do niej Andrew Lloyd Webber, zaś tekst (libretto) napisał Tim Rice (historia ostatniego tygodnia życia Chrystusa). Główne partie wokalne zaśpiewali: Ian Gillan (który rok wcześniej trafił do Deep Purple) jako Jezus, Murray Head jako Judasz oraz Yvonne Elliman jako Maria Magdalena. Tyle suchych informacji, ponieważ gdy niedawno zapuściłem ten album, od pierwszych minut wiedziałem, że to będzie odkrycie, które zostanie ze mną na długie lata. 


"W końcu przejrzałem na oczy i teraz wyraźnie dostrzegam, ku czemu wszystko to zmierza."

Podejmując się wyzwania przesłuchania 300 albumów, które mają znaczenie w historii muzyki rockowej, miałem na myśli m. in. odkrywanie muzycznych obszarów, zupełnie obcych dla mnie, które by stały się swoistą kolumbową Ameryką. Ten album, musical, rock opera - jak by nie nazywać - jest absolutnym arcydziełem! Pod względem muzycznym zatopiony w muzyce rockowej tamtych czasów, ozdobiony wspaniałymi partiami wokalistów, dopełniony symfonią orkiestry, pod względem tekstowym opowiada w sposób inteligentny, choć bardzo łatwo wpadający w ucho (tak, jak np. w utworach Beatles'ów) i jednocześnie unikający banalności czy grafomanii. Geniusz tego dzieła to zasługa głównie Gillana i Murray Heada, którzy stworzyli niezapomniane postaci, śpiewając bardzo emocjonalnie, wręcz 'aktorsko'. Pozostałe postaci też stanęły na wysokości zadania, prawie każda wokalna partia (a są one bardzo zróżnicowane: melorecytacja, monolog, śpiew, chór itd.) jest warta odnotowania, nie ma tu żadnych 'zapychaczy', nudnych fragmentów czy niepotrzebnych wstawek. Opowieść porywa nas już od pierwszych sekund i nie pozwala na wytchnienie, prowadząc po różnorodnych gatunkach, wokalnych i instrumentalnych, bawiąc się tempem i emocjami swoich bohaterów. 

"Chryste, kocham Ciebie, biję Ci pokłony, w Ciebie wierzę, w Boga wierzę, powiedz, że jestem zbawiony."


Wszyscy dobrze znamy tą historię: sprawa Marii Magdaleny, wyrzucenie kupców ze świątyni, ostatnia wieczerza, zdrada Judasza, proces i ukrzyżowanie Jezusa. Ale tekst jest tak niesamowicie sugestywny, że emocje aż biją od tych słów. Chyba po raz pierwszy zaczynam rozumieć dramat tej wstrząsającej historii, motywy, jakim się kierowali bohaterowie, także czasy, w jakich to wszystko się działo. Dla mnie ta historia zawsze była nieco odrealniona, przyjmowałem ją raczej na wiarę, nie zagłębiałem się w szczegóły jej dramatu. Może bojąc się bólu i smutku, jaki z niej bije. Libretto jest niesamowicie inteligentne i jednocześnie ma dystans do opowiadanej historii. Jest prawie dosłowne, ale i zmuszające do rozważań nad swoją treścią. Jest również kontrowersyjne, zwłaszcza przy postaci M.Magdaleny, która zdaje się czuła do Jezusa coś więcej... Za to genialne podejście do Judasza i jego ofiary, którą była...zdrada Jezusa: ktoś musiał go zdradzić, by mogło się to wszystko wypełnić. Dlatego też odmawiając wzięcia zapłaty, mówi: 'tylko nie przeklnijcie mnie po wsze czasy...'.

"Przecież próbowałem przez trzy lata a zdaje się, że trzydzieści..."

Aż trudno tu coś wyszczególnić, bowiem te prawie 90 minut muzyki jest na absolutnie najwyższym poziomie. Tego się nie da słuchać w pojedynczych utworach, tylko w całości (album koncepcyjny). Partie Gillana to 'najwspanialszy popis sztuki wokalnej w historii rocka' (Skarżyński). 'Strange thing Mystifying', 'Poor Jersualem', 'The Temple' czy wręcz niewiarygodne 'The Last Supper' i 'Gethsemane (I only want to say)' to popisy wokalne, które przechodzą do historii muzyki. Emocje wychodzą z odtwarzacza i porażają swoją autentycznością. Motyw biczowania, gdzie liczone są uderzenia batem ('Trial before Pilate') rozpędza się do niewiarygodnego napięcia, aż ciarki przechodzą od samego słuchania. Murray Head jest fenomenalny w przedstawieniu tragedii połóżenia Judasza. Również pani Elliman bardzo ciepłym głosem odśpiewała swoje 'I don't know how to love him' czy 'Everythings all  right'. Także Piłat czy Piotr... Naprawdę trudno to opisać, ale mnóstwo fragmentów zostaje w pamięci, by później się przywoływać w rozmaitych (nie zawsze odpowiednich ;-) sytuacjach. Swoją drogą sława tego dzieła rozniosła się i trwa do dnia dzisiejszego. Filmy, spektakle, musicale, przedstawienia, płyty...



"Zamierzałeś umrzeć tak czy to był przypadek? Czy wiedziałeś, że ta śmierć taka będzie sławna?"

Dzieło wyjątkowe w swej genialności. Nie da się tego posłuchać w mp3 gdzieś w drodze do/z szkoły czy pracy. Nie da się wysłuchać zapuszczając gdzieś w tle przy sprzątaniu mieszkania. Bowiem każdy fragment tego arcydzieła wymaga uwagi i czasu, by o nim pomyśleć i go zrozumieć. Zrozumieć muzykę to znaczy chłonąć ją słuchem i widzieć obrazy przed oczami.


Ocena: 10/10

piątek, 11 marca 2011

Nawiasem słuchając 2

DEEP PURPLE - Deep Purple (1969)

Czemu znowu robię odskocznię? 300 płyt to duże wyzwanie. Kilka mniej, kilka więcej...czy zrobi różnicę? Postanowiłem wzbogacać sobie tą muzyczną podróż poprzez różne drobne i nieplanowane wycieczki. Poza tym....jeżeli nie teraz, to kiedy? Taka akcja, jak ta, raczej się nie powtórzy; wręcz trudno potem będzie wrócić z powrotem i zwiedzać pobliskie klimaty. Tak więc sięgam po płytę Deep Purple (wcześniejszą od ostatnio omawianej), która uzupełnia tą przygodę z orkiestrą symfoniczną. A może przygotowuje do niej? 
Zespół, jeszcze bez Gillana i Glovera, nagrał płytę, którą można by uznać za całkowicie średnią, gdyby nie jeden utwór (poznałem go już jakiś czas temu), który jest właśnie realizacją pomysłu Lorda na granie symfoniczne. 12-minutowa suita 'April' z przepięknym motywem prowadzącym jest takim właśnie rodzynkiem w tym głęboko purpurowym cieście. Rozmarzona opowieść wiosenna z mnóstwem genialnych przejść, melodii i instrumentów przeradzająca się w rockową historię zakończoną Blackmore'ową solówką. Początek tego, co ten gitarzysta miał nam zaserwować na następnych płytach, nie tylko w grupie Deep Purple.
Reszta płyta, jak pisałem, nie wyróżnia się niczym szczególnym, choć nie zawiera jakiś złych utworów. Przeciwnie, po kilkukrotnym przesłuchaniu mam dobrą opinię o tej płycie: bardzo rytmiczne 'Chasing Shadows' czy 'The Bird has flown', liryczna 'Lalena' czy też 'Blind' ze wspaniałą grą organów.
Taki początek (choć jest to trzecia płyta w dorobku DP) historii tego zespołu w zdobywaniu wielkiego formatu gwiazdy rocka.


Ocena: 8/10

środa, 9 marca 2011

DEEP PURPLE - Concerto for Group and Orchestra (1969)


Legendarna ekipa od mocnego rocka. Uznawany za najgłośniejszy band świata oraz mający najlepszą na świecie sekcję rytmiczną (bas + perkusja). Znam tą kapelę, choć nie tak dobrze, jak chciałbym. Na szczęście to się zmienia, czego przykładem jest ta, uprzednio obca mi płyta. W zasadzie, ponieważ na tej płycie zostały umieszczone oprócz głównego tytułowego koncertu, także 3 inne pozycje, z których jedna ('Child in time') jest klasyką rocka samą w sobie i przyjdzie mi o niej napisać w swoim czasie. Tutaj skupię się na 3-częściowym koncercie nagranym w Royal Albert Hall z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej.

Jak mogę słyszeć, skoro mówisz tak cicho?


Brzmi dziwnie, jak na legendę hard rocka? Purple i orkiestra? Otóż klawiszowiec ekipy, Jon Lord, oprócz rocka ma we krwi także klasykę i aktualnie to nią się teraz zajmuje. I to on właśnie skomponował ten niezwykły koncert na grupę rockową i orkiestrę. Orkiestrę poprowadził Malcolm Arnold (Oscar za muzykę do 'Most na rzece Kwai'). Na gitarze elektrycznej oczywiście legendarny Ritchie Blackmore. Od tej płyty, do składu dołączyli także Ian Gillan (wokal) i Roger Glover (bas). Razem z Ian'em Paicem (perkusja) i wspomnianym Lordem stworzyli najsłynniejszy skład grający pod szyldem Deep Purple. W zasadzie każde z tych nazwisk mówi samo za siebie i w rockowym światku (sięgającym ciut wcześniej niż lata 90-te....) jest zwyczajnie legendarne. 

Skąd mam wiedzieć, kiedy zacząć śpiewać mą piosenkę?

Koncert składa się z 3 kilkunastominutowych części i jest udanym mariażem muzyki rockowej oraz tej uznawanej za poważną. W jej środkowej części znalazło się także miejsce na fragmenty, w których Gillan prezentuje się wokalnie. Trudno to opisać. Muzyka przeskakuje od elementów symfonicznych, do rockowych, od instrumentów dętych do elektrycznej gitary, od wzniosłego tematu do szaleńczej gonitwy. I wszystko jest idealnie zespolone, nie ma się wrażenia dysonansu, hałaśliwego zgrzytu pomiędzy dwoma jakże różnymi muzycznie światami. Płyta odniosła duży sukces, artystyczny i komercyjny. "A potem zachwyt publiczności, pochwały krytyki (także tej od muzyki poważnej), retransmisja telewizyjna i zasłużona sława'(J.Skarżyński). I jest wyznacznikiem dla kolejnych dużych projektów, które wówczas powstawały jak grzyby po deszczu.

Ocena: 8/10

niedziela, 6 marca 2011

KING CRIMSON - In the Court of the Crimson King (1969)






No i się zaczęło.Oto album, który znam bardzo dobrze i traktuję go wyjątkowo. Bowiem od utworu na nim się znajdującym, rozpoczęła się moja przygoda z King Crimson: zespołem, którego geniusz muzyczny pozwolił mi doświadczyć 'totalnych jazd muzycznych'. Jest to przedstawiciel tzw. wielkiej szóstki rocka progresywnego (obok ELP, Yes, Pink Floyd, Genesis i Jethro Tull), czyli gatunku, który jest moim ulubieńcem od wielu lat i dowodem na to, że można połączyć muzykę rozrywkową (nie poważną) ze sztuką (stąd też inna nazwa gatunku: art rock), sukces artystyczny z sukcesem komercyjnym. Tak, ludzie kiedyś słuchali takiej muzyki na szeroką skalę....No i ta sławna, rozpoznawalna okładka: obraz młodego artysty, który niedługo potem odebrał sobie życie....

W łagodne, szare poranki płaczą wdowy, mędrcy opowiadają sobie dowcipy....

Kilka słów o ekipie King Crimson, bo to bardzo ważne. Najpierw oczywiście Robert Fripp - gitara, melotron (o nim poniżej). "King Crimson to ja" - ten sławny cytat należy do Frippa i jest to poniekąd prawda. Częste zamieszania w składzie, roszady, zmiany, poszukiwania....i tylko Fripp jako jedyny przez te wszystkie lata...aż do dziś. 40 lat z hakiem, to jest coś. Greg Lake - bas i śpiew (nazywany wręcz najaksamitniejszym głosem rocka). O nim więcej innym razem, przy okazji tria ELP. Resztę uzupełnili Michael Giles i Ian McDonald. Po tej płycie został z nich tylko Fripp, ale to historia już na następne płyty...

Chaos będzie moim epitafium

'Epitaph' to utwór, o którym wspominałem, że był pierwszym utworem KC, który usłyszałem. Pamiętam to sobotnie przedpołudnie, stary radiomagnetofon, audycję  'Wieża Hitów' w nieistniejącym już tarnowskim Radiu MAKS, palec ustawiony nad przyciskiem 'record'.... I zaczęło się. Monumentalne brzmienie melotronu (instrument muzyczny klawiszowy, który odtwarzał brzmienie orkiestry symfonicznej), które tak pokochałem wtedy. Niesamowity klimat stworzony przez ten instrument, perkusję Gilesa oraz równie potężny, co łagodny głos Lake'a. Należy dodać również poetycki tekst i mamy przepis na nieśmiertelny utwór, pomnik muzyki rockowej, gdy ta była sztuką. A końcówka utworu przenosi już na całkiem inny, ponadczasowy wymiar.

Krwawa krata, kolczasty drut, polityków żałobny stos, niewinni spopieleni ogniem napalmu....

Pierwszy utwór na płycie to '21st Century Schizoid Man' - niesamowicie żywiołowy i drapieżny (ze zniekształconym metalicznie głosem Lake'a), wręcz brutalnie wdzierający się w uszy słuchającego, atakując go masą różnorodnych dźwięków. Gitara elektryczna, wstawki jazzowe.."Podstawą twórczości King Crimson jest zorganizowana anarchia: wyzwalanie potężnych sił chaosu, a następnie szukanie dróg powrotu do stanu równowagi"- kolejny sławny cytat Frippa idealnie współgrający w zasadzie ze wszystkimi płytami. A na nich jeszcze piękniejsze utwory, jeszcze smakowitsze brzmienia i melodie.

Błazen w żółtych szatach nie gra żadnej melodii, tylko łagodnie szarpie struny


'I talk to the Wind' i 'Moonchild' to skolei przepiękne ballady, które ozdobione są aksamitnym (jak inaczej go nazwać?) głosem Grega Lake'a. Rozmarzone i grane swoim rytmem, ten drugi przechodzący nie tyle w jazzową improwizację, co rozrzucone dźwięki w niesamowicie zaplanowany sposób. Jak powiedział Mistrz: chaos i szukanie równowagi....

Jeśli nam się uda, będziemy mogli usiąść i śmiać się. Lecz obawiam się, że jutro będę płakał...

Album kończy się utworem tytułowym, w którym dostajemy to, co w KC najlepsze. Orkiestrowe brzmienie melotronu, podniosły temat, przepiękny wokal, łkającą gitarę, pilnującą rytmu perkusję, liryczną opowieść zabierającą nas w daleki, baśniowy świat Karmazynowego Króla...." Powstała nowa jakość, do dziś niedościgniony wzorzec, a jednocześnie punkt wyjścia do własnych poszukiwań dla kolejnych pokoleń muzyków" (Skarżyński).
Panie i Panowie, czapki z głów przed nowym królem.


Ocena: 10/10

piątek, 4 marca 2011

Nawiasem słuchając

THE JIMI HENDRIX EXPERIENCE - Are you Experienced? (1967)


Postanowiłem zahaczyć o tę płytę, póki jeszcze nie ucichło echo hendrixowskiej gitary z 5-tego posta poniżej. Nie ma jej na liście Skarżyńskiego, którą kieruję się w muzycznych podróżach, no ale wszystkich płyt ona nie zmieści. Prezentowana teraz płyta jest wcześniejsza o rok od opisywanej poniżej i jest debiutem Jimiego i jego grupy. Poza tym znaduje się na 15. miejscu sławnej listy 500 best albumów ever wg The Rolling Stones ('Elcetric Ladyland' jest 54.) Nie, żebym specjalnie dbał o taki ranking, ale chciałem odnotować, że ta płyta jest uważana za pozycję lepszą. A może ważniejszą? Ja może skupię się na muzyce, bo przecież to ona jest najważniejsza. 

Czy jesteś doświadczony?

Muzyka pyszna i bogata w doświadczenia późnych lat 60-tych. Jakaś duszna atmosfera panuje na płycie, jakby nagrywana była w zadymionym barze zapełnionym klientelą raczącą się whisky. Oczywiście Jimi na miejscu pierwszym. On i jego gitara. Płyta miała dwie odsłony (wersje angielską i amerykańską) i były różnice w zamieszczonych tam utworach. ja odsłuchiwałem oczywiście wersję 'łączoną'. Na pierwszy plan wybijają się utwory: pędzące z marszu '51st Anniversary', ciepłe mimo pewnej surowości 'Foxy Lady', 'Highway Chile' z przepięknie granym motywem przewodnim na gitarze, drapieżne i hardrockowe 'Purple Haze' czy też psychodeliczne, szalejące niczym wiatr na otwartej przestrzeni 'Third Stone from the Sun'. Czy wspomniałem o 'Hey, Joe'? Chyba nie. Żywy pomnik elektrycznej gitary w rękach Jimiego Hendrixa. Dostępny na żądanie.
Niższa ocena płyty wynika z całości albumu, który oprócz diamentów ma też kamienie, które nie potrafię uszlachetnić.


Ocena: 8/10