niedziela, 6 marca 2011

KING CRIMSON - In the Court of the Crimson King (1969)






No i się zaczęło.Oto album, który znam bardzo dobrze i traktuję go wyjątkowo. Bowiem od utworu na nim się znajdującym, rozpoczęła się moja przygoda z King Crimson: zespołem, którego geniusz muzyczny pozwolił mi doświadczyć 'totalnych jazd muzycznych'. Jest to przedstawiciel tzw. wielkiej szóstki rocka progresywnego (obok ELP, Yes, Pink Floyd, Genesis i Jethro Tull), czyli gatunku, który jest moim ulubieńcem od wielu lat i dowodem na to, że można połączyć muzykę rozrywkową (nie poważną) ze sztuką (stąd też inna nazwa gatunku: art rock), sukces artystyczny z sukcesem komercyjnym. Tak, ludzie kiedyś słuchali takiej muzyki na szeroką skalę....No i ta sławna, rozpoznawalna okładka: obraz młodego artysty, który niedługo potem odebrał sobie życie....

W łagodne, szare poranki płaczą wdowy, mędrcy opowiadają sobie dowcipy....

Kilka słów o ekipie King Crimson, bo to bardzo ważne. Najpierw oczywiście Robert Fripp - gitara, melotron (o nim poniżej). "King Crimson to ja" - ten sławny cytat należy do Frippa i jest to poniekąd prawda. Częste zamieszania w składzie, roszady, zmiany, poszukiwania....i tylko Fripp jako jedyny przez te wszystkie lata...aż do dziś. 40 lat z hakiem, to jest coś. Greg Lake - bas i śpiew (nazywany wręcz najaksamitniejszym głosem rocka). O nim więcej innym razem, przy okazji tria ELP. Resztę uzupełnili Michael Giles i Ian McDonald. Po tej płycie został z nich tylko Fripp, ale to historia już na następne płyty...

Chaos będzie moim epitafium

'Epitaph' to utwór, o którym wspominałem, że był pierwszym utworem KC, który usłyszałem. Pamiętam to sobotnie przedpołudnie, stary radiomagnetofon, audycję  'Wieża Hitów' w nieistniejącym już tarnowskim Radiu MAKS, palec ustawiony nad przyciskiem 'record'.... I zaczęło się. Monumentalne brzmienie melotronu (instrument muzyczny klawiszowy, który odtwarzał brzmienie orkiestry symfonicznej), które tak pokochałem wtedy. Niesamowity klimat stworzony przez ten instrument, perkusję Gilesa oraz równie potężny, co łagodny głos Lake'a. Należy dodać również poetycki tekst i mamy przepis na nieśmiertelny utwór, pomnik muzyki rockowej, gdy ta była sztuką. A końcówka utworu przenosi już na całkiem inny, ponadczasowy wymiar.

Krwawa krata, kolczasty drut, polityków żałobny stos, niewinni spopieleni ogniem napalmu....

Pierwszy utwór na płycie to '21st Century Schizoid Man' - niesamowicie żywiołowy i drapieżny (ze zniekształconym metalicznie głosem Lake'a), wręcz brutalnie wdzierający się w uszy słuchającego, atakując go masą różnorodnych dźwięków. Gitara elektryczna, wstawki jazzowe.."Podstawą twórczości King Crimson jest zorganizowana anarchia: wyzwalanie potężnych sił chaosu, a następnie szukanie dróg powrotu do stanu równowagi"- kolejny sławny cytat Frippa idealnie współgrający w zasadzie ze wszystkimi płytami. A na nich jeszcze piękniejsze utwory, jeszcze smakowitsze brzmienia i melodie.

Błazen w żółtych szatach nie gra żadnej melodii, tylko łagodnie szarpie struny


'I talk to the Wind' i 'Moonchild' to skolei przepiękne ballady, które ozdobione są aksamitnym (jak inaczej go nazwać?) głosem Grega Lake'a. Rozmarzone i grane swoim rytmem, ten drugi przechodzący nie tyle w jazzową improwizację, co rozrzucone dźwięki w niesamowicie zaplanowany sposób. Jak powiedział Mistrz: chaos i szukanie równowagi....

Jeśli nam się uda, będziemy mogli usiąść i śmiać się. Lecz obawiam się, że jutro będę płakał...

Album kończy się utworem tytułowym, w którym dostajemy to, co w KC najlepsze. Orkiestrowe brzmienie melotronu, podniosły temat, przepiękny wokal, łkającą gitarę, pilnującą rytmu perkusję, liryczną opowieść zabierającą nas w daleki, baśniowy świat Karmazynowego Króla...." Powstała nowa jakość, do dziś niedościgniony wzorzec, a jednocześnie punkt wyjścia do własnych poszukiwań dla kolejnych pokoleń muzyków" (Skarżyński).
Panie i Panowie, czapki z głów przed nowym królem.


Ocena: 10/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz