czwartek, 23 czerwca 2011

BUDGIE - Squawk (1972)

Znam Budgie od kilku lat, może niezbyt dokładnie, ale wydaje mi się że wystarczająco by poznać ich brzmienie. Ciekawa sprawa z tą kapelą, ponieważ Polska była (jest?) bodajże największym 'odbiorcą' ich muzyki. Walijska kapela nigdy nie była traktowana poważnie na rynku brytyjskim, tym bardziej że kopiowała styl Black Sabbath czy też Led Zeppelin. Jak znalazła się w Polsce? I to w czasach Żelaznej Kurtyny? Otóż - jak podaje Skarżyński - trafiła do nas dzięki swojej....okładce. Jej autorem jest znany w muzycznym światku artysta, Roger Dean, projektujący okładki i loga zespołów znanych i cenionych (m.in. Yes, Uriah Heep). Jego styl jest łatwo rozpoznawalny, tak więc zauważona przez legendę radiową 'Trójki', Piotra Kaczkowskiego, wzbudziła jego zainteresowanie i trafiła zaraz do równie legendarnego programu radiowego 'MiniMax'. I tak to się zaczęło....

"Ludzie są dziwni, gdziekolwiek się udam....ale ty nie jesteś dziwna"


Krótko pisząc: kawał solidnego hardrockowego grania. Oczywiście że wpływy innych prekursorów tego gatunku są wyraźne, to jednak ja im nie odbieram oryginalności. Zresztą, dziś traktuje się Budgie jako "jedną z najciekawszych grup klasycznego okresu hard rocka" (wikipedia). Na pierwszy plan wysuwa się wokalista i basista Burke Shelley o dziwnie wysokim głosie (choć w latach 70-tych nie był to bynajmniej odosobniony przypadek). W ogóle sekcja rytmiczna zespołu była znakomita i stanowiła o sile zespołu. No i gitarzysta, który w pewnych fragmentach dawał znać o swoim kunszcie gry. Inną charakterystyczną sprawą były bardzo oryginalne tytuły piosenek (typu: 'Nude Disintegrating Parachutist Woman', 'You're the Biggest Thing Since Powdered Milk' czy też 'Crash Course in Brain Surgery') oraz często teksty zabarwione czarnym humorem..


"Słyszę kogoś, kto płacze. Nie wiem kto, ponieważ umieram..."


Bardzo dynamiczne dwa pierwsze kawałki: 'Whiskey River' i 'Rocking Man' zdradzają, co się będzie działo na płycie. Sedno mocnego rocka lat 70-tych. Dalej mamy zwolnienie tempa, m.in. przypominające beatlesowskie kompozycje - 'Rolling Home Again'. I ponowne przyspieszenie we wspaniałym utworze 'Hot as a Docker's Armpit', które we finale przeradza się w szaleńczą hardrockowa gonitwę tak miłą dla ucha....Używając dzisiejszych określeń, daje to niesamowitego kopa i pałera. Innym znakomitym utworem na płycie jest rozpoczynający się balladowo 'Young is a World', który powoli przechodzi do swojego podstawowego (mocnego) brzmienia  i kończy bardzo epicką i rozmarzoną gitarową solówką....
Bardzo dobra płyta. Bardzo dobry zespół. Szkoda, że tak mało znany. 
A tak nawiasem: zespół nadal istnieje, nadal koncertuje i nadal nagrywa! (płyta z 2006 roku, którą słuchałem lat temu kilka i chętnie sobie ją przypomnę)

Ocena: 8,5/10

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Nawiasem słuchając 4



LED ZEPPELIN - II (1969)


Jak pisałem wcześniej, wracam do 'Dwójki' Zeppelinów, bo pozycja warta głębszego poznania. Od samego początku tej płyty, grupa daje mocny sygnał o jakości swojego grania. 'Whole lotta love' - wielki przebój tej ekipy, oparty jest na mocnym hardrockowym riffie. Wszystko tutaj brzmi doskonale: perkusja, gitara, bas, wokal...Również 'Heartbreaker' oraz "Living Loving Maid (She's just a Woman)' wykorzystują mocny riff i są jednymi z wizytówek Led Zeppelin.
Trochę innym utworem jest 'Rumble on' z odniesieniami do Tolkiena: rozpoczyna się wolno i rozwija w dynamiczny refren. Całość robi bardzo przyjemne wrażenie i świetnie się tego słucha.

Spodobał mi się też tutaj spokojniejszy kawałek 'Thank you' : Page gra na akustycznej gitarze, zaś John Paul Jones przepięknie przygrywa na Hammondach.
Cała płyta to kawał rockowej historii. Typowa dla Zeppelinów, o świetnym hardrockowym brzmieniu ale też kilku lżejszych (i piękniejszych) nutach.... Warto znać. Warto słuchać.


Ocena: 8/10

środa, 15 czerwca 2011

LED ZEPPELIN - III (1970)




I powracam do tego zespołu, choć przeskakuję jedną pozycję (płytę Zeppelinów zwaną 'Dwójką'). Jako że lista nie jest moja, trzymam się tak wyznaczonej trasy (choć pewnie w ramach 'zwiedzania pobocza' zajmę się i tą płytą). Zeppelini w tym samym składzie. Płyta ta jest mniej rockowa a bardziej...folkowa. Nie znaczy to, że nie ma tutaj hardrocka, w którym tak świetnie grupa się odnajdywała. Ale jest inna. Odmienna. Wina leży z pewnością w woodstockowym festiwalu i powszechnej modzie na folkrock.

"Przychodzimy z krainy śniegu i lodu, gdzie słońce świeci o północy, gdzie tryskają gejzery..."




Tak rozpoczyna się ta znakomita płyta. "Immigrant song', pieśń o Wikingach wyruszających na eksplorację nowych terenów. Świetny, dynamiczny utwór. Dalej mamy spokojniejsze 'Friends' z elementami dźwiękowymi kojarzącymi się z Dalekim Wschodem. Kolejny utwór ('Celebration Day') to już hardrockowe granie. Zaś nr 4 to jedna z bluesowych ballad wszech czasów - 'Since I've been loving you'. Tutaj Jimmy Page daje popis gry na gitarze, fenomenalnie gra też John Bonham na perkusji. Śpiew Planta oczywiście jak zawsze bardzo emocjonalny z typową dla siebie manierą śpiewania.
Dalej ruszamy pełną parą z hardrockowym 'Out on the Tiles' i nieco spokojniejszym, ale równie dynamicznym utworem 'Gallows Pole'.

"Pracuję ciężko od 7 do 23 a to czyni moje życie ciężarem. Nie uważam, że to w porządku"


Led Zeppelin miał fenomenalną rękę do pisania ballad. Przykładem niech będzie chociażby utwór 'Tangerine', z genialną melodią otwierającą kawałek (graną na akustycznej gitarze). Jedna z moich ulubionych piosenek na tej płycie.

Ciekawy fakt, że płyta zdaje się być technicznie niedopracowana. Jednak zrobiono to z premedytacją w studio nagraniowym, gdzie pozostawiono różne trzaski, fragmenty piosenek czy dźwięków (zazwyczaj pojawiających się na początku utworów). "A co najdziwniejsze, to właśnie te 'brudy' , wbrew logice, scalają płytę" (J.Skarżyński). Czy ja wiem.....mnie to troszkę przeszkadzało i trudno mi zrozumieć takowy zabieg, zwłaszcza że w żaden sposób nie współgra to z całością i wyraźnie odstaje. Ale to drobiazg, płyta bowiem jest znakomita...


Ocena: 8/10

niedziela, 29 maja 2011

JETHRO TULL - Aqualung (1971)





Kolejny rockowy gigant, kolejna wspaniała płyta. Jethro Tull to zespół, który trudno jednoznacznie zakwalifikować do jednego nurtu muzycznego: zaczynali od tzw. white bluesa, potem był folk rock, hard rock, rock progresywny.... Dla mnie osobiście, znającego dużą część ich repertuaru, grupa ta jest ucieleśnieniem hard i folk rocka. Dzisiaj prezentowana płyta jest utrzymana w klimacie mocnego rocka, choć nie brak tutaj spokojniejszych nut i pięknych ballad, a także - co charakterystyczne dla JT - wszechobecności fleta, którym wspaniale posługuje się lider formacji, Ian Anderson. W całej historii zespołu, Anderson zawsze grał pierwsze 'skrzypce', jest autorem prawie całego dorobku JT (teskty + muzyka), no i oczywiście wokalistą, z bardzo łatwo rozpoznawaną manierą śpiewania. Znany jest też jego prowokacyjny i ironiczny charakter tekstów. Należy tu wspomnieć jeszcze gitarzystę Martina Barre, który starał się 'przekrzykiwać' Andersona, przez co mamy na płytach fantastycznie i wyraziście zagrane partie gitar.


"Siedzi na ławce w parku, spozierając na dziewczynki w złych intencjach...."


Tytułowy utwór jest esencją tej płyty: mocne hardrockowe uderzenia kojarzone są z wolniejszymi, melodyjnymi fragmentami. Znany mi dość dobrze, jednak dopiero teraz odkryłem go w warstwie lirycznej. Opowiada o tytułowym Aqualungu, bezdomnym starszym facecie będącym na krawędzi życia (postać na okładce przedstawia oczywiście podobiznę samego Andersona ). Tekst jest bardzo dosadny i bez upiększania opisuje marne życie człowieka, kończącego samotnie w agonii, gdy wokół kwiaty rozkwitają na wiosnę... Dalej mamy 'Cross-eyed Mary' - opowiastkę o uczennicy-prostytutce. Tutaj Barre fenomenalnie prezentuje swoje gitarowe zagrywki. Następne 3 kompozycje: 'Cheap Day Return', 'Mother Goose' i 'Wond'ring aloud' są spokojniejszymi utworami, ostatnia z nich zaś to przepiękna, miłosna ballada. 

"Będziesz modlił się aż do następnego czwartku, do wszystkich bogów, jakich możesz wyliczyć"


Następuje tutaj druga część płyty, przez którą wielu nazywa ten album koncepcyjnym (choć Anderson temu zaprzecza). A chodzi tutaj o wspólną tematykę utworów. "(...) jest niezwykle interesującą i inteligentną próbą zabrania głosu w odwiecznej dyskusji dotyczącej roli w naszym życiu kościoła. wiary, Boga i łączącej się z nią często hipokryzji"(J.Skarżyński). Utwory 'My God', 'Hymn 43' czy 'Wind up' dobitnie ukazują tą hipokryzję i zakłamanie osób, które same powinny świecić przykładem. Podnosi również głos w kwestii wychowania dzieci w takiej czy innej religii. Choć sam tekst nie jest skierowany przeciwko żadnej religii, może być błędnie interpretowany. 

"Nie ma sposobu, by zwolnić"

Jeszcze należy wspomnieć tutaj balladowy utwór 'Slipstream' (z przepięknym, delikatnym zakończeniem) oraz 'Locomotive Breath', którego 'motoryka' nawiązuje do tytułowej pracy pociągowej maszynerii. Kilka zdań napisałem, które nijak mają się do tak znakomitej muzyki. Nie jest ona łatwa w odbiorze. Nawet ja, choć znam tą kapelę, musiałem kilka razy ten album przesłuchać, by 'zaskoczył'. By cieszyć się wspaniałym brzmieniem, wokalem Andersona i jego fletem oraz całą resztą, która sprawiła, że album ten jest zaliczany do czołowych osiągnięć rocka - nazwijmy go - klasycznego. 
Podróż muzyczna się nie kończy, to jedynie kolejny przystanek...


Ocena: 9/10

poniedziałek, 16 maja 2011

CAT STEVENS - Tea for the Tillerman (1970)

Dziwna sprawa z tym gościem. Nazywał się Steven Georgiou (ojciec Grek), znany jest muzycznemu światu jako Cat Stevens, aktualnie zaś nazywa się Yusuf Islam (od '77 r. - zmienił nazwisko, przyjął islam i w zasadzie skończył karierę muzyczną). Powodów miał pewno wiele....a może tylko jeden? Tak czy inaczej, pozostawił w spadku wiele pięknych melodii i wspaniałych wokalnie kompozycji. Cała ta płyta składa się w zasadzie z ballad, w tym z kilku powszechnie znanych i lubianych.'Wild World' oraz 'Father and Son' to międzynarodowe przeboje i zarazem wspaniałe kompozycje, które przyjemnie się słucha. Należy tu również wymienić utwory 'Sad Lisa' czy 'Hard Headed Woman', które również wyróżniają się na tym albumie. Rozmarzony i liryczny oraz jednocześnie aranżacyjnie dopracowany i świetnie zaśpiewany. Na pewno nie stanowi jakiegoś kroku milowego czy też rewolucji muzycznej, jednak jest godny uwagi. Pewne utwory po prostu trzeba zna.

niedziela, 8 maja 2011

GEORGE HARRISON - All things must pass (1970)

Był John, był Paul, więc kolej na George'a. Pierwsze wrażenie to...okładka. Niesamowita, humorystyczna, zmuszająca do myślenia. Bajeczna! Płyta pełna jest kompozycji krótkich, melodyjnych i o bogatym brzmieniu. "To, mówiąc najkrócej, zbiór różnorodnych ballad oprawionych wzniosłymi aranżacjami. To rock złagodzony charakterystycznym dla George'a liryzmem i nostalgią" (Skarżyński). Należy też podać parę nazwisk z listy muzyków pomagającyh nagrywać ten album: Ringo Starr (perkusista z The Beatles ;-), Eric Clapton, Gary Brooker... Rozmarzona, bardzo przyjemna płyta. Trudno opisywać kolejne utwory, w zasadzie to wszystkie robią dobre lub bardzo dobre wrażenie.

"Każdy ma wybór: podnosić lub nie swój głos..."

Największe wrażenie zrobiła na mnie kompozycja 'Run of the Mill' o przepięknej linii melodycznej i wspaniałej - jak zawsze - grze na gitarze. Ale także 'I live for you', 'I'd have you anytime', 'If not for you' czy tytułowa 'All things must pass' to takie ballady, które zawsze można posłuchać i poczuć siłę w nich zawartą. Także najbardziej znana kompozycja Harrisona - 'My sweet Lord' - ma swoją siłę przekonywania. Na tle tych ballad wyróżnia się kila utworów, ze skocznym 'Apple scruffs' i drapieżniejszym 'Art of Dying' na czele (wspaniale 'łkająca' gitara). No i 'I dig love' z wyraźną partią perkusyjną.
Słowem: bardzo przyjemny album, z którego bije jakaś forma optymizmu, choć jest on raczej melancholijny...

Ocena: 8/10

niedziela, 1 maja 2011

PAUL MCCARTNEY - Ram (1971)

Album sygnowany jest jako Paul McCartney & Linda McCartney. Poniekąd słusznie, ponieważ żonę Paula możemy usłyszeć na tej płycie (w roli chórku....). Ważniejszym powodem zaakcentowania roli żony była rywalizacja z kolegą z The Beatles, Johnem - odpowiedź na lennonowski album 'Plastic Ono Band' opisany poprzednio przeze mnie. Zresztą, jest tu kilka utworów, których tekst można doczepić do tej rywalizacji pomiędzy muzykami. 
McCartney zazwyczaj kojarzony jest bardziej 'lajtowo' niż Lennon. John to artysta, pionier, wizjoner. Paul kojarzony jest raczej z 'wiecznym chłopcem' (także ze względu na wygląd), twórcą melodyjnych kawałków bez głębszego znaczenia. Dla mnie osobiście Paul to wielki artysta, genialny kompozytor, świetny wokalista i gitarzysta. Jeżeli kiedykolwiek nauczę się grać na gitarze, melodie McCartneya będą jedne z pierwszych, które nauczę się grać....

"Zgaduję, że nigdy nie wiedziałeś, drogi chłopcze, co znalazłeś...."
 
Utwory są świetnie skomponowane, melodie zapadają w pamięć i całość brzmi wyśmienicie. Na pewno wyróżnię tutaj 'Ram on' - dowód na geniusz Paula w tworzeniu linii melodycznej. Prosty utwór, ubogi akompaniament a robi wrażenie niesamowite i przyciągające. 'Dear boy', który odczytywany jest jako atak na osobę Johna. Minisuita 'Uncle Albert/Admiaral Halsey' z cudowną, taneczną drugą częścią. 'Smile Away' nawiązująca do Hendrixa i jego utworów. Żywiołowo wykonane 'Monkberry Moon Delight', w którym Paul zdziera sobie gardło. 

'Wierzymy, że nie możemy się mylić'

Płytę kończył utwór 'Back seat of my car', który również odczytywany może być jako atak na osobę Lennona. Głównie ze względu na końcowe wyśpiewywanie tesktu 'we believe that we can't be wrong'. W 1993 r. edycję zremasterowano i dodano dwa utwory, wśród których znalazł się przepiękny kawałek 'Another Day' będący kwintesencją stylu McCartneya. Nic dodać, nic ująć - dzieło skończone. Może i nie grzeszy głębią przekazu, nie podejmuje trudnych wyzwań i nie otwiera nowych horyzontów ale zasługuje na uznanie i swoje miejsce w historii rocka.


Ocena: 8/10