niedziela, 8 maja 2011

GEORGE HARRISON - All things must pass (1970)

Był John, był Paul, więc kolej na George'a. Pierwsze wrażenie to...okładka. Niesamowita, humorystyczna, zmuszająca do myślenia. Bajeczna! Płyta pełna jest kompozycji krótkich, melodyjnych i o bogatym brzmieniu. "To, mówiąc najkrócej, zbiór różnorodnych ballad oprawionych wzniosłymi aranżacjami. To rock złagodzony charakterystycznym dla George'a liryzmem i nostalgią" (Skarżyński). Należy też podać parę nazwisk z listy muzyków pomagającyh nagrywać ten album: Ringo Starr (perkusista z The Beatles ;-), Eric Clapton, Gary Brooker... Rozmarzona, bardzo przyjemna płyta. Trudno opisywać kolejne utwory, w zasadzie to wszystkie robią dobre lub bardzo dobre wrażenie.

"Każdy ma wybór: podnosić lub nie swój głos..."

Największe wrażenie zrobiła na mnie kompozycja 'Run of the Mill' o przepięknej linii melodycznej i wspaniałej - jak zawsze - grze na gitarze. Ale także 'I live for you', 'I'd have you anytime', 'If not for you' czy tytułowa 'All things must pass' to takie ballady, które zawsze można posłuchać i poczuć siłę w nich zawartą. Także najbardziej znana kompozycja Harrisona - 'My sweet Lord' - ma swoją siłę przekonywania. Na tle tych ballad wyróżnia się kila utworów, ze skocznym 'Apple scruffs' i drapieżniejszym 'Art of Dying' na czele (wspaniale 'łkająca' gitara). No i 'I dig love' z wyraźną partią perkusyjną.
Słowem: bardzo przyjemny album, z którego bije jakaś forma optymizmu, choć jest on raczej melancholijny...

Ocena: 8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz