Narkotykowy koktajl dźwięków i tekstów serwowany w oparach uzależniającej codzienności
środa, 23 marca 2011
COLOSSEUM - Valentyne Suite (1969)
Przyznaję się bez bicia: zespół (a może należy napisać supergrupa?) Colosseum nigdy nie był w zasięgu mojego odtwarzacza. W zasadzie to poznałem wcześniej ich bardzo znany utwór, tytułowy z tej płyty. I mimo że mam przekonanie o wybitnych zdolnościach muzyków, całość jakoś bardzo mnie nie elektryzuje. Utwory nie są złe, ale też nie emocjonują za bardzo. O zespole wiem niewiele i jednym z głównych powodów, dla którego wiedzy tej nie pogłębiam, jest fakt, iż zespół ten łączy jazz i rock w jedno. Bardzo wspaniale to robi, ale jazz to nie są moje klimaty. Nawet pomimo tej wirtuozerii muzyków, licznych solówek na rozmaitych instrumentach, mam przekonanie, że muzyka jest wyśmienita ale nie porywa. Może gdybym siedział w zadymionym barze przy piwku a na scenie grałoby Colosseum? Marzenia...
16-minutowa Valentyne Suite jest utworem o niezłej melodyce i niezłych przejściach (zwłaszcza wejście perkusji gdzieś z początku robi wrażenie) ale nie powoduje u mnie tego czegoś, co wiążę z genialnymi dziełami: zapamiętywanie fragmentów muzycznych i odtwarzania ich w zasadzie samoistnie w pamięci, przy najróżniejszych czynnościach...'A jeśli ktoś jest niewrażliwy na poetycki czar?' pyta Skarżyński w swojej opowieści o tej płycie. Po prostu jedne zespoły 'wchodzą', inne są blokowane. Tutaj cały czas mam świadomość, że mam do czynienia z legendarnym wręcz zespołem, ale nie potrafię się przebić przez ten rodzaj jazz-rocka. Trochę to dziwne, bo np. uwielbiam King Crimson, który także 'wyżywał się' na tej właśnie muzyce. Nie można mieć wszystkiego...
Ocena: 7/10
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz