środa, 6 lipca 2011

EMERSON, LAKE AND PALMER - Emerson, Lake and Palmer (1970)





Kolejny gigant. Zespół a może projekt? Trio wspaniałych muzyków, jednoznacznie utożsamianych z pojęciem 'rock progresywny'. Grupę tworzyli: Keith Emerson na instrumentach klawiszowych (zaliczany do ścisłej czołówki tej profesji), Greg Lake na basie, gitarze i jako wokalista (opisywany przeze mnie przy okazji płyty King Crimson) oraz perkusista Carl Palmer. Płyta ta jest ich debiutem jako supergrupy (bowiem wcześniej każdy z muzyków grywał w innych zespołach). 
Muzyka nie jest łatwa dla niewprawionego ucha. Nawet osoby lubiące rock i różne jego odmiany - ale obracające się bardziej we współczesności - mogą mieć trudności w odbiorze tego materiału muzycznego. Ucho musi być bowiem dobrze nastawione a wrażliwość nastrojona, by emocjonować się tak wspaniałą muzyką. Grupa ta bowiem łączyła rock z klasyką. Wówczas nie był to pomysł nowatorski ale wykonanie jak najbardziej. Trio "zajęło się >usymfonicznieniem< rocka, a nie jak większość >urockowianiem< klasyki " (Skarżyński). Artyzm muzyków słyszalny jest w każdej minucie a epickość tematów wylewa się z każdego utworu. 


"Po prostu weź kamyk i wrzuć go do morza, a potem patrz jak fale docierają do mnie"


Utwory znajdujące się na płycie są różnorodne. Mamy tu dwie ballady autorstwa Lake'a : 'Take a Pebble' (przynajmniej początkowa i końcowa część jest balladą, bo środek wypełniają zbliżone do jazzu wstawki) oraz najbardziej znany utwór z płyty - "Lucky Man", w którego finale Emerson wspaniale gra solo na syntezatorze Mooga (BTW: wspaniały instrument ) zaś Palmer genialnie kończy utwór 'gasząc' uderzenia perkusji.  'The Barbarian', 'Knife-Edge' oraz 'Three Fates' to bardziej rozbudowane kompozycje, gdzie swoje mistrzostwo ujawnia przede wszystkim Emerson. Pozostaje jeszcze 'Tank', który zazwyczaj kojarzony jest z perkusyjnym popisem Palmera - co dla mnie jest niezrozumiałe, ponieważ solo trwa krótko i nie robi jakiegoś ogromnego wrażenia, w przeciwieństwie do tego, co następuje tuż zaraz po nim. Czyli kolejny popis syntezatorowy Emersona, który wraz z perkusistą tworzy niesamowicie futurystyczny muzyczny temat.
Fragmenty tej płyty były mi już znane uprzednio (także i sam zespół nie jest mi obcy) więc trochę mi trudno oceniać wrażenia i emocje. Na pewno jest to kamień milowy (jeden z wielu!) w muzyce i stanowi ważną pozycję w historii niezapomnianych płyt.


Ocena: 9/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz