niedziela, 16 stycznia 2011

Moja musicaina

Narkotykowy koktajl dźwięków i tekstów serwowany w oparach uzależniającej codzienności - to właśnie moja musicaina. Jestem audiofilem, który kocha muzykę, nie sprzęt. Od dłuższego czasu zabierałem się za ten pomysł, ale ciągle coś mi przeszkadzało. Aż w końcu do moich rąk trafiły 3 pachnące nowością książki autorstwa Jerzego Skarżyńskiego z Radia Kraków. "Niezapomniane płyty historii rocka" Tom I, II i III. 300 płyt, które warto posłuchać. 300 płyt, z których część znam bardzo dobrze, część tylko fragmentarycznie a reszta jest dla mnie nowym, nieodkrytym jeszcze doznaniem. Dlaczego właśnie Skarżyński? Bo to od niego wszystko się zaczęło. Błądziłem przez tyle lat, zadowalałem się byle dźwiękiem słyszanym po 10 razy dziennie z tych samych stacji radiowych. W końcu zauważyłem, że muzyka ta jest o tyle głośna, co pusta w środku. Powoli uświadamiałem sobie, że jest coś więcej, głębiej w muzycznym światku; że przecież musi chodzić o coś więcej niż tylko o prostą melodię i słodki głosik.  Nie wiem jak trafiłem na radio Kraków, nie wiem kiedy po raz pierwszy usłyszałem głos Skarżyńskiego. 2001? 2002r? Byłem świeżo po służbie wojskowej i nadal w głowie rozbrzmiewały mi dźwięki noworomantyków lat 80-tych, których przeboje namiętnie słuchaliśmy w sali. Uściślając: kolega słuchał. Ja nie mogłem najpierw tego znieść, potem uświadomiłem sobie, że przecież znam dobrze te przeboje z mojego dzieciństwa a później je polubiłem....i do dziś mam do nich sentyment. Ale wówczas to było dla mnie za mało. Chciałem sięgnąć głębiej; chiałem zrozumieć co mają na myśli różni autorzy pisząc o Pink Floyd, o Hendrixie, o klasyce muzyki rockowej.... I wtedy trafiłem na audycje w radio Kraków i ciepły głos gościa, który z takim przejęciem opowiadał historie płyt i zespołów, że aż mnie zatykało. Jak można tak przeżywać muzykę? Jak się to robi? Jak posmakować, skoro nie czuję tego na języku? Teraz wiem, że odbywało się to stopniowo. Od muzyki lżejszej, do cięższej (nie gatunkowo, tylko znaczeniowo), od popularnej do tej słuchanej tylko przez wąskie grupy fanów. Od Beatles'ów do Jamesa Blunta (tak, albowiem tom I wspomnianej serii książek rozpoczyna się cudowną płytą czwórki z Liverpoolu "Sgt Pepper's Lonely Hearts Club Band" a tom III kończy albumem "Back to Bedlam" Blunta). I wreszcie zrozumiałem. Poczułem. Posmakowałem muzyki. Zatopiłem się w świecie dźwięków bez pamięci, odkrywając kolejne lądy: rock progresywny, psychodelia, blues rock, gothic, metal, grunge, folk rock....można by wymieniać dalej, choć mój ulubiony muzyczny ląd to jednak szeroko rozumiany rock progresywny (art rock), choć to tylko etykieta, bo nie potrafiłbym (i nie ośmieliłbym się!) tego zdefiniować. To można tylko poczuć.
Cóż więc zostaje mi, jak zacząć tą wspaniałą podróż w miejsca czasem dla mnie znajome, by odkryć je na nowo; w miejsca, o których tylko słyszałem, że warto je zwiedzić i w końcu w te najbardziej oddalone i obce dla mnie - z tym robię sobie wielką nadzieję, że jest jeszcze mnóstwo muzyki, której nie znam a która tylko czeka na odkrycie....
Pomysł, by pisać dziennik z tej podróży, naszedł mnie już dawno temu. Po pierwsze, by się mobilizować i nie ustawać, bo rzecz jest czasochłonna i wymagająca ciszy i spokoju. Po drugie, by móc zobaczyć swoje myśli. Po trzecie, by zaspokoić wewnętrzne pragnienie pisania (które we mnie siedzi odkąd nauczyłem się pisać) a być może, ktoś przy okazji zarazi się moim nałogiem i spróbuję sięgnąć głębiej niż sięga statystyczna większość, lub poszuka dróg, które prowadzą na wyższy stopień wtajemniczenia, przeżywania i smakowania muzyki. Tyle na początek, bo przedstawienie czas zacząć...